Joanna Grabowiecka-Świerszcz — reżyserka teatralna, artystka malarka, trenerka rozwoju osobistego, Prezeska Fundacji DAR Sztuki — zaprasza do rozmowy o sztuce, podróżach, własnym rozwoju i tym, co to znaczy „mieć swoje miejsce”.

Joanna Grabowiecka-Świerszcz — reżyserka teatralna, artystka malarka, trenerka rozwoju osobistego, Prezeska Fundacji DAR Sztuki — zaprasza do rozmowy o sztuce, podróżach, własnym rozwoju i tym, co to znaczy „mieć swoje miejsce”.
Od czego zaczęła się Twoja droga w sztuce i teatrze?
Joanna: Moja droga zaczęła się od miłości do malarstwa i rysunku. Od dziecka pisałam i malowałam, a te dwie pasje towarzyszyły mi przez lata. Później przyszły studia: teatrologia na Uniwersytecie Jagiellońskim, kierunek arts du spectacle na Université Paris VIII, i reżyseria w Akademii Teatralnej w Warszawie — to był naturalny rozwój tego, co nosiłam w sobie.
W teatrze obraz, ruch, dźwięk i słowo są dla mnie równie ważne. Interesowało mnie nie tylko opowiadanie historii, ale zrozumienie, jak sztuka kształtuje doświadczenie człowieka — zarówno twórcy, jak i widza.
W rozmowach o Twojej twórczości często pojawia się Sahara. Skąd taka fascynacja?
Joanna: Sahara stała się dla mnie miejscem mocy. To nie tylko krajobraz — to przestrzeń, która zdaje się dotykać najgłębszych warstw naszej świadomości. Chociaż moja pierwsza podróż tam była osobistym odkryciem, później Sahara pojawiała się w mojej twórczości i myśleniu o sztuce jako o miejscu transformacji. Przestrzeni ciszy i pozornej pustki tętniącej życiem, na pierwszy rzut oka niewidocznym. Wystarczyło jednak kilka kropli deszczu, aby objawiało się w pełnej krasie.
Moje spektakle i prace — czy to malarskie, czy performatywne — często eksplorują tematy przemiany, granicy, odradzania się. Sahara jako metafora życia i śmierci stała się naturalnym punktem odniesienia.
W Twoich działaniach równie ważny jest rozwój osobisty — jak łączysz to z pracą artystyczną?
Joanna: Od lat intuicyjnie łączę sztukę z rozwojem człowieka. Dla mnie proces twórczy jest także procesem osobistego otwarcia — zarówno w teatrze, jak i podczas warsztatów. To dlatego prowadzę autorskie warsztaty, jak Sztuka Dzikości, czy realizuję cykl spotkań i warsztatów pn. Moc Kobiety. Poprzez sztukę zapraszam ludzi, aby przyjrzeli się sobie i swojemu potencjałowi.
Trenerką rozwoju osobistego zostałam dlatego, że potrzebowałam narzędzi, aby siebie ochronić w teatrze. Po kilku latach moich działań w teatrze instytucjonalnym poczułam się wypalona i zmęczona. Potrzebowałam nauczyć się stawiać granice i jak zadbać o to, aby teatr nie zdominował wszystkiego. Miałam małe dziecko, a zawód reżysera nie sprzyja połączeniu roli mamy i artystki. Wystarczy wspomnieć, że do Akademii Teatralnej wkroczyłam z burzą loków na głowie, w butach na obcasach, ubrana w kobiece aksamity. Reżyserię kończyłam w bojówkach, a na próby drugiego spektaklu przyszłam z wygoloną do połowy głową. Wypalenie wynikające m.in. z zaprzeczenia tego kim naprawdę było kwestią czasu. Niczego jednak nie żałuję, bo dzięki tej wyboistej drodze dotarłam do miejsca, w którym tworzę moją autorską wizję sztuki scenicznej, która sytuuje się na pograniczu performansu i ceremonii przejścia. Przykładem są „Strefa szeptów” oraz „teMenos/laMent”, wywiedzione z tak osobistych doświadczeń, jak m.in. strata i żałoba, które stają się momentem inicjacji.
Realizujesz cykl Moc Kobiety, w którym łączysz sztukę z czymś znacznie głębszym. Jakie są jego cele?
Joanna: Poprzez ten cykl od blisko dziesięciu lat zapraszam kobiety do spotkania się z własną kreatywnością, zmysłowością i siłą, która często jest w nas uśpiona. To przestrzeń, w której kobieta może doświadczyć swojej mocy, werwy twórczej i autentyczności. To proces uważności, ekspresji, uznania i celebrowania tego, co nas prowadzi w życiu. Intuicji, serca i ciała.
A jak wygląda Twoja własna droga życiowa — nie tylko artystyczna, ale też geograficzna?
Joanna: Warszawa stała się moim domem zaledwie kilka lat temu, choć mieszkam tu od 2007 roku. Pochodzę ze Śląska i odkąd pamiętam, szukałam swojego miejsca na Ziemi. Po drodze był Kraków, Paryż, Marrakesz… Długo oswajałam się z myślą, że zostanę w Warszawie. To miasto wymagające i roszczeniowe, o tragicznej historii, a zarazem z ogromnymi ambicjami, zapatrzone w przyszłość.
Dzisiaj wiem, że gdybym nie zamieszkała w pobliżu Lasu Bielańskiego, gdyby nie było w pobliżu Puszczy Kampinoskiej, wyjechałabym. Las daje mi poczucie bezpieczeństwa, oddechu i bliskości z naturą. Na Bielanach odpoczywam, regeneruję się i znajduję inspiracje. Tu założyłam rodzinę, znalazłam przyjaciół i poznałam fantastycznych ludzi. Tutaj żyję, tworzę i realizuję projekty. Warszawa jest także szczodra i gościnna — to miasto wielu twarzy.
To dom, który dopiero z czasem zaakceptowałam.
Twoja Fundacja DAR Sztuki realizuje różne projekty. Który jest Ci szczególnie bliski?
Joanna: Każdy projekt ma w sobie coś ważnego, ale Wielkie Piękno — interdyscyplinarny projekt Fundacji DAR Sztuki — dotyka trudnych, a jednocześnie ważkich tematów współczesności: przeciwdziałania depresji i próbom samobójczym wśród młodzieży. To przykład sztuki, która nie tylko inspiruje, ale i wspiera ludzi w realnych trudnościach.
Co jest dla Ciebie największą nagrodą w pracy artystki i trenerki?
Joanna: Widzieć, jak sztuka i spotkanie z samą/samym sobą wpływa na ludzi. Kiedy uczestniczka warsztatu odkrywa w sobie głos, który do tej pory milczał. Kiedy widz po spektaklu mówi, że wyszedł wzruszony i poczuł się zaproszony do głębszej refleksji. To są momenty, które pokazują, że sztuka i rozwój osobisty mają wspólny rdzeń — pomagają nam zobaczyć siebie, życie i świat w pełniejszym świetle.
A na koniec — jak opisałabyś siebie jednym zdaniem?
Joanna: Jestem artystką, która wierzy, że sztuka jest jednocześnie drogą do siebie — i że to jedna z najważniejszych podróży, na jakie możemy się odważyć.
Zobacz także
Rusiko restauracja z gruzińską duszą — miejsce, które opowiada historię kultury, gościnności i rodzinnej pasji.

